Szybowcowe Mistrzostwa Polski Juniorów w Lesznie

Szybowcowe Mistrzostwa Polski Juniorów rozgrywane były w tym roku w Lesznie. Początek sierpnia to czas trudnych do przewidzenia warunków pogodowych. Ponieważ równolegle rozgrywane były Przedmistrzostwa Świata Juniorów wszyscy liczyliśmy, że uda nam się rozegrać zawody. Mistrzostwa Juniorów są niepowtarzalne nie tylko ze względu na swoją rangę, ale przede wszystkim na panującą atmosferę. Spotyka się przyjaciół z całej lotniczej Polski. Jest o co walczyć bo oprócz tytułu, stawką jest powołanie do Kadry Narodowej.

Pogoda nas jednak nie rozpieszczała, mógłbym ją opisać, co najwyżej, jako średnią. Lataliśmy w różnych warunkach, często całkiem zaskakujących. Pośród lotów pod świetnie noszącymi szlakami, które zakończyły się lądowaniami w strugach deszczu zapadł mi w pamięci jeden bardzo wietrzny dzień. Warunki były dobre, jednak silny wiatr utrudniał nam dolecenie do punktu oddalonego o około 60km. Nie jest to wiele, jednak specyficzne warunki zniechęciły większość zawodników klasy club b do podjęcia wyzwania. Postanowiłem jednak zawalczyć, co więcej udało mi się przelać trochę mojego zapału przez radio koledze, który już miał odpuścić. Przekonałem go jednak, że nam się uda. Ponieważ krążąc mozolnie w średnich noszeniach wiatr zwiewał nas do punktu wyjścia musiałem wybrać inną drogę. Postanowiłem odejść bardzo daleko w bok od trasy. Normalnie byłoby to posunięcie całkiem nieopłacalne. Wybrałem jednak szlak chmur prowadzących okrężną drogą w pobliże punktu. Dawał on średnie noszenia, jednak pozwalał lecieć cały czas po prostej bez konieczności zatrzymywania się. Wraz z upływającym czasem odległość stopniowo malała, co więcej siła napotykanych noszeń rosła. Odetchnąłem z ulgą, gdy znalazłem się nad wyznaczonym punktem. Teraz wystarczyło odwrócić się w stronę lotniska. Powrót z tak silnym wiatrem był błyskawiczny. Tego dnia tylko troje pilotów wygrało zmagania z wiatrem, znajdując sposób na pokonanie trasy i powrót na lotnisko.

Przedostatnia konkurencja była tą, którą zapamiętam na bardzo długo. Tego dnia warunki były dobre, natomiast podstawy chmur osiągały początkowo 1100m. Wyłożono nam konkurencję obszarową z trzema obszarami do zaliczenia. Im podstawa chmur jest niższa tym staranniej trzeba wybierać chmurę do której się leci, gdyż w razie niepowodzenia nie pozostaje nam za duży zapas wysokości na dalsze poszukiwania. Ponieważ dobrze się czułem w takiej pogodzie postanowiłem przeciąć linię startu jako pierwszy. Z początku popełniłem błąd, kierując się za bardzo na północ, podczas gdy na południu Zosia idealnie wykorzystała kilka dobrych kominów. Postanowiłem zmienić błyskawicznie moją dotychczasową koncepcję, i przeskoczyłem w poprzek linii chmur, przez obszar kiepskich warunków. Dotarłem wreszcie tam gdzie chciałem, widząc jednak Zosię już trochę przed sobą. Pogoda tego dnia była dość skomplikowana, i gdzieniegdzie pozastawiała na nas pułapki. Ponieważ minimalny czas trasy był relatywnie krótki stwierdziłem, że należy skupić się na uzyskaniu jak najwyższej prędkości. Postanowiłem zaliczyć wszystkie trzy strefy po minimum, nie wlatując głębiej w żaden z obszarów tylko je zahaczając. Wszystkie chmury w tym rejonie pięknie pracowały, dosłownie wsysając szybowiec w górę. Z pierwszego obszaru poleciałem na południe gdzie było trochę gorzej. Musnąłem tylko drugą strefę i po sprawdzeniu czasu wymyśliłem, że przejdę skrawkiem trzeciej strefy będąc już na dolocie do lotniska. Plan dobry i prędkość też powinna się poprawić, mimo błędu na samym początku. Wykręciłem się jak najwyżej w mocnym kominie, zbliżyłem do ostatniego obszaru, i gdy tylko rejestrator lotu zaliczył moją pozycję pociąłem do lotniska. Zgłupiałem, gdy na tablicy wyników oficjalnych miałem 13 pozycję tego dnia. Otóż okazało się, że całkiem minąłem ostatnią strefę. 300m bliżej i byłyby tylko karne punkty a tak cóż, całkiem niezaliczona prędkość. Spadłem na czwarte miejsce, a wystarczyło zaliczyć poprawnie obszar i byłbym na pierwszym. Nie udało się odrobić już tej straty, skończyłem parę punktów tuż poza podium, zamiast w najgorszym wypadku być na drugim miejscu. Gdyby nie poprzeczka, gdyby nie słupek gdyby się nie potknął etc. Cóż taki urok sportu.